Blogowanie - obciach czy sposób na życie?

          Jeszcze kilka lat temu, kiedy życie w sieci nie było tak popularne, niewiele osób prowadziło blogi, czy kanały na YouTube. Raczej była to garstka dziwnych, niepokojąco chętnych do dzielenia się swoim życiem prywatnym ludzi, którzy wydawali nam się dosyć śmieszni. Przecież pisanie o sobie, swojej codzienności i przemyśleniach nadawało się raczej do pamiętnika trzymanego w ukryciu przed rodzeństwem, niż do upubliczniania w formie postów, czy nagrań video. 

Wiele się jednak od tego czasu zmieniło.



          Pamiętam, kiedy to ja parę ładnych lat temu założyłam swojego pierwszego bloga. Od zawsze byłam dzieckiem kreatywnym, chcącym wyrażać siebie na przeróżne sposoby. Próbowałam już wszystkiego - śpiewałam, pisałam wiersze i opowiadania, recytowałam, tańczyłam, uprawiałam sporty, grałam na pianinie, rysowałam, tworzyłam biżuterię... Do kompletu brakowało mi tylko bloga. 

I tak oto pewnego dnia stwierdziłam, że zaczynam swoją przygodę z Internetem.


          Znalazłam idealny portal - przejrzysty, łatwy w obsłudze, z potencjałem. Byłam niesamowicie zdeterminowana, dzięki czemu w dosyć krótkim czasie udało mi się zebrać naprawdę sporą pulę obserwujących. Początkowo posty dotyczyły stylizacji tworzonych na polyvore oraz ich opisów. Były związane z rożnymi celebrytami, motywami kolorystycznymi, czy nawet filmami. Wszystko szło po mojej myśli - zbierałam coraz więcej czytających, pojawiały się komentarze, a na facebooku ludki dzieliły się moimi zdjęciami udostępniając ulubione posty. 

Ciągle jednak zdarzały się osoby, które "po cichu" wyśmiewały się z mojego blogowania. I nie byli to obcy, a niemiłe uwagi zamiast anonimowych komentarzy pod postami stały się szeptami na szkolnym korytarzu i plotkami rozsiewanymi wśród moich licealnych znajomych. Blogowanie było dla nich obciachem - bo kto normalny, mający ciekawe zajęcia i grupkę równie interesujących znajomych chciałby przesiadywać z własnej woli całe dnie z oczami wpatrzonymi w ekran monitora?
Zwłaszcza, że robiłam to głownie dla własnej satysfakcji, nie licząc na żadne korzyści w postaci ubrań, kosmetyków, czy stałych przypływów gotówki.

          I własnie wtedy, pomiędzy statusami na facebooku zauważyłam, że pewna galeria handlowa prowadzi casting na tzw. trendsetterkę, która prowadziłaby dla nich blog modowy. W mojej głowie zapaliło się małe światełko - a może by tak..? Tylko z czym? Na jakiej podstawie? 
Byłam dziewczyną z małej wsi, oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od miasta, w którym znajdowała się galeria, mój blog co prawda miał sporo wyświetleń, ale pewnikiem było, że kandydatki z miasta, które mają większy dostęp do ciekawych ubrań i akcesoriów radzą sobie o niebo lepiej, nie znałam się na marketingu, promowaniu wizerunku, nie miałam auta, żeby dojeżdżać do pracy... Wszystko wydawało się być przeciw temu pomysłowi. 
Dni mijały, a ogłoszenie o castingu pojawiało się coraz częściej. Ludzie zaczęli się nim interesować, pojawiały się zgłoszenia, a deadline zdawał się niebłaganie zbliżać ku końcowi. Wciąż próbowałam znaleźć więcej "za" niż "przeciw", ale w mojej głowie pojawiało się tyle obaw, że nie byłam w stanie wyobrazić sobie powodu, dla którego to właśnie ja miałabym zdobyć tę pracę.

          Gdy wreszcie zrobiło się niebezpiecznie blisko zamknięcia castingu, nie wiem nawet skąd, ale jednak naszło mnie pewne przemyślenie - co sprawia, że nie mogłabym być najlepsza? Co tak naprawdę mnie hamuje? Jeszcze raz przejrzałam wymagania i stwierdziłam, że każde z nich potrafię spełnić. A wiec dlaczego by nie spróbować? 

Tak oto się zgłosiłam. I wiecie co? WYGRAŁAM!


          Dalej wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie. Organizowałam amatorskie sesje zdjęciowe, mogłam korzystać z większości zasobów galerii - sklepy wypożyczały mi ubrania, obuwie i biżuterię na potrzeby stylizacji, zaczęłam zapraszać na metamorfozy czytelniczki bloga oraz inne bloggerki, które chciały nawiązać współpracę lub trochę się wypromować. Już nikt nie mógł mi zarzucić, że pisanie bloga jest zwyczajną głupotą. Wyświetlenia miesięczne liczyłam w tysiącach, a czasem nawet ich dziesiątkach. Zasięg postów na facebooku również osiągał zawrotne wielkości. Było to teraz moją pracą, poważnym projektem, czymś, co sama stworzyłam i o co chciałam każdego dnia dbać. Nauczyłam się w jaki sposób promować się w sieci, z których narzędzi korzystać, jak dotrzeć do osób, które mój blog może zainteresować. Rozwijałam się razem z blogiem - i uwierzcie mi, naprawdę to lubiłam!

Do czasu, gdy zaczęłam się wypalać...


          Początkowo pisałam krócej, mniej ambitnie. Z czasem posty pojawiały się coraz bardziej sporadycznie, a pisanie ich nie sprawiało mi już takiej przyjemności jak na początku. Notki były coraz bardziej do siebie podobne, wszystko zlewało się w jedną, niezbyt wyrazistą masę niechlujnie składanych słów i 'byle jak' obrabianych zdjęć. Pisanie straciło dla mnie swój smak.

Wtedy też postanowiłam, że to czas, aby coś zmienić. I nie chodziło już tylko o bloga - znalazłam nową pracę, nowe mieszkanie, zakończył się trwający w tamtym czasie związek. Z tamtego życia pozostał mi tylko kot - Rudolf (jak oczywiście przystało na niezależną, młodą kobietę).


Od tamtego czasu minęły dwa lata. I wiem, że wtedy postąpiłam słusznie. Jestem teraz całkiem inną osobą. Bardziej zdecydowaną, w pełni świadomą swoich uczuć i zachowań. Wiem, czego pragnę, co jest dla mnie naprawdę istotne w życiu, kogo chcę zatrzymać obok, a dla jakich znajomości nie warto tracić czasu. Dokładnie znam swój cel i ścieżkę, którą muszę przejść, aby go osiągnąć.

Jestem nową osobą.
Studentką coachingu, a już w przyszłym roku panią magister.
Żoną najwspanialszego mężczyzny jakiego tylko mogłam sobie wymarzyć.
Wierną przyjaciółką.
Świadomą siebie młodą kobietą.
A od dziś również, ponownie, bloggerką.   

          Postanowiłam, że ten blog nie będzie już dla mnie jednym z codziennych obowiązków, a swojego rodzaju zbiorem "tych" momentów. Chwil, w których będę mogła opróżnić głowę przesyconą nadmiarem myśli. Chwil, w których będę tu tylko ja i słowa wypływające ze mnie strumieniami. Chwil, w których będę mogła dzielić się tym, co mnie martwi, cieszy, ciekawi, nad czym właśnie się zastanawiam, co mi się przydarzyło, a co planuję zrobić. Żadnych ograniczeń, zero presji. To jedyny sposób na powodzenie.
A czego pragnę od powrotu do bloga? By prowadzenie go przynosiło mi ogromną radość, a sam blog uczył sumienności i sprawiał, że z satysfakcją będę za każdym razem celowała kursorem w "opublikuj".

0 zostaw komentarz :

Prześlij komentarz

Mam nadzieję, że post Ci się spodobał! Zostaw po sobie komentarz i daj znać ;)