Mój nowy nos - wrażenia z operacji plastycznej.

          Mój nosek nie podobał mi się od kiedy tylko pamiętam. Zawsze wydawał mi się za duży i zbyt ostro zarysowany w stosunku do reszty twarzy. Przeszkadzał mi, irytował, sprawiał, że nigdy nie czułam się do końca pewnie pozując do zdjęć - dobre były dla mnie tylko te na wprost, nie z profilu, bo przypominałam co najmniej Babę Jagę, którą straszy się dzieci, gdy są niegrzeczne. Nie za bardzo z góry, bo wtedy zdawał się jeszcze dłuższy i przysłaniał mi usta. Również nie z dołu, bo dziurki w nosie miałam tak wielkie, że można było zachorować na trypofobię
Ale z czasem musiałam się z nim najzwyczajniej w świecie oswoić.



          O możliwości operacji nosa poinformowała mnie mama, która stwierdziła, że będzie to idealny prezent ślubny - nie wiem, czy to dobrze, czy źle, gdy własna matka stwierdza, że "czas coś z tym zrobić". W sensie z twarzą. Powiedziałabym raczej, że to dosyć niepokojące, ale jeśli prowadziłoby to do pozbycia się mojego jedynego poważnego kompleksu, to jak mogłabym odmówić?
A więc jako, że propozycja była nie do odrzucenia umówiłam się na pierwszą wizytę w celu omówienia problemu i wyboru najlepszego rodzaju korekty nosa.

Oczywiście solidnie się przygotowałam.

Przejrzałam wszystkie możliwe fora i blogi, na których ludzie zostawiali opinie o klinice oraz zdjęcia typu "przed i po" nosów podobnych do mojego. Na Pinterest wyszukałam taki, jaki chciałabym mieć i tak oto 29ego czerwca, całkiem nieźle przygotowana, pojechałam na pierwszą wizytę.

          Już w recepcji czekała na mnie przemiła Pani, która poprosiła o wypełnienie dosyć długiego formularza na temat zdrowia i przebytych chorób. Należało także podać swoje dane, wzrost, wagę i inne informacje istotne przy całkowitej narkozie. Następnie spotkałam się osobiście z Panią Doktor, która dokładnie obejrzała nos na zewnątrz i od wewnątrz, a później dokładnie wypytała o to, co mi w nim przeszkadza i czego spodziewam się od operacji.
Dała mi również listę badań, które należało wykonać do operacji oraz zalecenia, których trzeba było przestrzegać w różnych okresach czasu. Do ustalenia pozostał nam tylko termin.

Jako, że jestem z tych niecierpliwych, a dodatkowo 20ego sierpnia idę z Michałem na ślub jego przyjaciela, wiedziałam, że jeśli nie zrobię operacji w trybie natychmiastowym, będę musiała poczekać prawdopodobnie do jesieni. Zapytałam więc o najbliższy możliwy termin. Okazało się, że szczęście mi sprzyja - za niecałe dwa tygodnie. Doktor była lekko zdezorientowana, ponieważ zazwyczaj pacjenci woleli dać sobie trochę czasu na przygotowania i oswojenie się z myślą, że zostaną "uśpieni" na dobre 2-3 godziny i ktoś w tym czasie będzie majstrował przy ich twarzy. Oczywiście zgodziłam się i tak oto zaczęło się moje małe odliczanie do dnia, w którym pozbędę się jedynej części swojego ciała, na której wygląd nie miałam wpływu, a którą bardzo chciałam zmienić.

Zostało mi 13 dni na zrobienie wszystkich potrzebnych badań.

          Najważniejszym punktem do odhaczenia było zrobienie wszystkich badań oraz zdobycie dwóch zaświadczeń od specjalistów, którzy zalecaliby całkowitą korektę nosa. Dzięki takim zaświadczeniom obniża się koszt operacji. Standardowo wynosi ona około 12 000zł. Zaświadczenia te jednak zwalniają z opłacenia 23% podatku od zabiegu, a więc ostatecznie koszt obniżyłby się do 9 500zł. Jednym specjalistą jest laryngolog, który może stwierdzić, jeśli krzywa przegroda nosowa utrudnia oddychanie. Drugim jest psycholog - ten wg wykonanych badań i testów może wykazać, że zoperowanie nosa i poprawa jego wyglądu wpłynie pozytywnie na samoocenę oraz poprawę ogólnego zdrowia psychicznego. W obu świstkach ważne jest, aby zawarty był fragment o "zalecaniu przez specjalistę całkowitej korekty nosa".

Mając to, kolejnym krokiem były:
- badania krwi (grupa krwi, morfologia, układ krzepnięcia: APTT, wskaźnik protrombinowy INR, PT, poziom glukozy oraz poziom elektrolitów Na, K, Cl, Mg) 
EKG z opisem
- dodatkowo można także zrobić szczepienie przeciw żółtaczce typu B

Łączny koszt to około 200zł. Badanie krwi robicie w laboratorium, tam też dajecie kartkę ze spisem badań. Resztą zajmą się oni, a wyniki będą do odebrania w ciągu kilku dni. EKG jest natomiast od ręki i trwa dosłownie kilka minut, a z jego wynikiem idziecie do kardiologa, który na miejscu wystawia opis.

          Jeśli wszystkie wyniki macie w normie - jesteście już prawie gotowe do operacji. Dlaczego prawie? Ponieważ istnieje jeszcze cała lista zaleceń w okresie przedoperacyjnym. Są one równie istotne, co pozytywne wyniki badań krwi i EKG.

- termin operacji u kobiet nie może się zbiegać z miesiączką
- należy przerwać antykoncepcję hormonalną
- istnieje konieczność zgłoszenia wszelkich dolegliwości zdrowotnych oraz przyjmowanych leków
- 2-3 miesiące przed zaleca się zaprzestanie palenia tytoniu
- bezwzględny zakaz palenia w okresie około operacyjnym
- na 14 dni przed operacją nie zażywać witamin (zwłaszcza E)
- na 14 dni przed operacją nie zażywać leków pochodzenia ziołowego zawierających czosnek, imbir, żeń-szeń
- na 14 dni przed operacją zakaz przyjmowania aspiryny i innych leków wpływających na krzepliwość krwi
- na 3 dni przed operacją zakaz spożywania alkoholu i leków przeciwbólowych (np. ibuprom, ketonal)

Jak wyglądał dzień operacji?

          12ego lipca przyjechałam do kliniki na czczo (w dzień operacji nie można nic pić, jeść, a nawet żuć gumy) już przed południem, gdzie ponownie dostałam do wypełnienia formularz - ten był delikatnie niepokojący, ponieważ dotyczył osób, z którymi klinika będzie się kontaktować na wypadek komplikacji lub śmierci pacjenta. Dodatkowo do zapoznania były także bite cztery kartki A4 o wszystkich możliwych komplikacjach, których trzeba być świadomym poddając się ingerencji w postaci takiego zabiegu. 
Osobiście nie przeczytałam zbyt wielu punktów tej listy, ponieważ nie jestem z osób, które lubią się stresować. Oczywistym jest, ze w każdej możliwej sytuacji coś może pójść nie po naszej myśli - ale zawsze trzeba być nastawionym pozytywnie. Mózg, który myśli w taki sposób potrafi zdziałać z naszym ciałem cuda! To o wiele mądrzejsze narzędzie niż nam się wydaje.

Tak więc wypełniłam wszystkie rubryki i zostałam skierowana do pokoju na piętrze, gdzie miałam spędzić noc po operacji. Pokój był czysty, schludny, łazienka bardzo ładna - jedyne co mnie zdziwiło to fakt, że nie będę sama. W końcu płaci się prawie 10 000zł za taką operację, więc wydawać by się mogło, że należy nam się pokój z jednym łóżkiem. Ale cóż. Nie mam problemów z nowymi osobami, więc nie przywiązałam do tego większej wagi.
Okazało się jednak, że to była najlepsza możliwa opcja. Olga, z którą przyszło mi dzielić pokój, również miała mieć tego dnia operację nosa, tyle, że przede mną. Porozmawiałyśmy o naszych obawach i oczekiwaniach, trochę się pośmiałyśmy i wtedy doczekałam się swojej ostatniej konsultacji z Panią Doktor, która miała przeprowadzić mój zabieg.

Po raz ostatni omówiłyśmy czego dokładnie chcę i wróciłam do pokoju, gdzie miałam rozmowę z anestezjologiem. Dopiero wtedy zaczęłam się stresować - ale uwaga, nie operacją. Jedyne czego się bałam, to wenflon. Zarówno Pani Doktor, jak i Anestezjolog miały ze mnie niezły ubaw, bo naprawdę widziały, że jest to dla mnie największe w świecie zmartwienie. Nie to, że przez dwie godziny będę leżała na stole operacyjnym, nie to, że po raz pierwszy w życiu zostanę powalona narkozą, ani nawet nie to, że w opisywaniu zabiegu padło wyrażenie "dłuto chirurgiczne". Absolutnie nie. Mój świat kręcił się wokół wenflonu, którego bałam się jak cholera.
Około trzeciej po południu przebrałam się w "operacyjną togę", a na nogi założyłam zakolanówki przeciw żylakom (obie rzeczy dostałam na miejscu, ale możecie równie dobrze mieć na sobie kupione wcześniej rajstopy o tych właściwościach i piżamkę, która rozpina się na klatce). Musiałam także wyjąć z oczu soczewki. A własnie - jeśli nosicie okulary, to zaopatrzcie się w soczewki, ponieważ po operacji przez kilka tygodni nie można nic zakładać na nos.
Tak przygotowana razem z Panią Anestezjolog przeszłam na salę operacyjną, gdzie położono mnie na stole i walcząc z chowającymi się ze strachu żyłami założono wenflon. Dalej pamiętam tylko jak poproszono mnie, żebym wzięła kilka głębokich wdechów gazu usypiającego - doliczyłam w głowie do dwóch i było po mnie.

          Obudziłam się we wspaniałym humorze tuż za drzwiami sali operacyjnej. Panie były lekko zdziwione, ponieważ usiadłam na łóżku totalnie świadoma i powiedziałam, że jeśli nie muszę jechać, to wolałabym po prostu pójść do swojego pokoju. Zaczęły się śmiać, że coś takiego jeszcze im się nie przydarzyło i kazały mi spać dalej - okazało, że że ta cała narkoza, to świetna sprawa! Zasnęłam, gdy tylko na powrót położyłam głowę na poduszce. Po raz drugi obudziłam się już w pokoju, gdzie była Olga. Obie byłyśmy w świetnym humorze. Zero bólu. Jedynym, co mi przeszkadzało było to, że nie mogłam oddychać nosem, a jedynie buzią. Na nos założono gips, a środek wypchano setonami. Dodatkowo należało często wymieniać opatrunek pod nosem, co sprawiło, że bardzo poraniłam sobie policzki. Ciągłe przyklejanie i odklejanie plastrów ewidentnie mi nie służyło.

Początkowo miałyśmy z każdą potrzebą dzwonić po pielęgniarkę, która była w klinice całą noc. W razie bólu mogła podać znieczulenie za pomocą kroplówki, a opatrunki wymieniała, gdy były już solidniej nasączone wydzieliną z nosa. Do toalety chodziłyśmy same, ale Pani była tuż pod drzwiami łazienki aż do momentu, gdy byłyśmy całkowicie świadome. Nie można było niczego pić, ani jeść, aż do następnego dnia, ponieważ nawet najmniejsze podrażnienie żołądka mogło spowodować wymioty. Ma to coś wspólnego z narkozą, ale o szczegóły nie pytałam, bo nie byłam nawet specjalnie głodna. Przegadałyśmy z Olgą prawie calutką noc i zasnęłyśmy dopiero nad ranem. Nie trwało to jednak długo, bo o 7 było śniadanie, a już o 11 wypisano nas z kliniki. Rano odwiedziła nas jeszcze Pani Doktor, żeby sprawdzić jak się mamy i przekazać kartkę z zaleceniami pooperacyjnymi.

          Odebrał mnie Michał z Kubą. Po drodze wykupiłam potrzebne leki i prosto z apteki pojechaliśmy do domu. Ani razu nie musiałam brać nic przeciwbólowego, chociaż na recepcie wypisany miałam również Ketonal. Jedynym moim problemem było przyzwyczajenie się do oddychania buzią i zasypiania z otwartymi ustami - ale wiedziałam, że potrwa to jeszcze kilka dób, do czasu wyciągnięcia setonów. Pani Doktor dała nam dwie możliwości - można było do niej przyjechać lub zrobić to samemu w domu. Oczywiście wybrałam drugą możliwość, ponieważ dwugodzinna droga tam i równie długi powrót w ogóle mi się nie uśmiechały.


Wyciąganie setonów z nosa.

          Ogólnie rzecz biorąc - nic wielkiego. W czwartej lub piątej dobie, zależnie od tego, czy nadal musicie wymieniać opatrunek pod nosem, możecie zająś się pozbywaniem setonów. W tym celu udałam się do łazienki, gdzie wzięłam ze sobą chusteczki, nożyczki, pęsetę, sól fizjologiczną w ampułkach i chusteczki nawilżane płynem antybakteryjnym. Dokładnie umyłam ręce, zdjęłam spod nosa opatrunek i rozcięłam setony, żeby wyciągać je osobno, a nie z obu dziurek naraz. Po trochę nawilżałam opatrunek kroplami, wyciągałam fragment pęsetą i odcinałam go. Najgorsze były momenty, w których coś blokowało. Bałam się, że seton przykleił się albo zasechł, jednak okazało się, że było go tak dużo, iż w niektórych miejscach poplątał się lekko i wystarczyło trochę mocniej go pociągnąć, żeby można było iść dalej. Pani Doktor ostrzegała, że naruszając wnętrze nosa można zacząć krwawić. Należy wtedy odchylić głowę do tyłu i poczekać aż przejdzie. Mi osobiście delikatnie pokapało z jednej dziurki i na tym koniec. 

Po pozbyciu się setonów najważniejsza jest higiena i regularne nawilżanie wnętrza nosa. Czyścimy go patyczkami higienicznymi, nie dalej niż sięga ta biała watka, następnie używamy kropli na bazie olejku sezamowego i smarujemy przedsionek nosa maścią (to również najłatwiej robić patyczkami). I to by było na tyle, jeśli chodzi o setony. Kolejnym krokiem jest wizyta, podczas której ściągany jest gips - wypada tydzień po operacji.

Ostateczny efekt.

          Po tygodniu pojechałam na ściąganie gipsu. Trwało to dosłownie kilka minut. Pani Doktor złamała go na pół, a następnie ściągnęła i oczyściła nos z pozostałości kleju po opatrunkach i kresek pomocniczych zrobionych prawdopodobnie podczas operacji. Absolutnie bezbolesne. Nos jest trochę opuchnięty, jakby lekko zdrętwiały, ale na pewno ściąganie gipsu nie boli.
Najciekawszym momentem była chwila, w której podeszłam do lustra, żeby zobaczyć efekt. Powiem tak - nie tego się spodziewałam. Wyobrażałam to sobie jako niesamowitą euforię, może wzruszenie, nerwowy śmiech, cokolwiek. A stałam jedynie w milczeniu i gapiłam się na siebie nie mogąc poznać w lustrze swojej twarzy. To była ogromna różnica, przepaść. Pani Doktor, lekko zdezorientowana, zapytała czy wszystko w porządku, czy może coś się nie zgadza z tym, co chciałam uzyskać. Odpowiedziałam, że "w sumie nie wiem" i poprosiłam o drugie lusterko, żeby zobaczyć nowy profil.

Byłam w takim szoku, że sama nie potrafiłam określić, czy nos mi się podoba, czy nie. Kuba, z którym tam pojechałam również na pytanie "i jak?" odpowiedział po prostu "dziwnie". I wcale mu się nie dziwię! Naprawdę wyglądałam nieswojo.
Musiało minąć kilka dni zanim opuchlizna zaczęła schodzić, a nos stał  się jakby zgrabniejszy, smuklejszy. Poza tym dzięki konieczności dalszej higieny i nawilżania już nie tylko od wewnątrz, ale także z zewnątrz, byłam zmuszona kilka razy dziennie przyglądać się swojemu nowemu odbiciu. To zdecydowanie najbardziej oswoiło mnie z nowym nosem.



Jakie są moje wrażenia?

          Minął ponad tydzień od zdjęcia gipsu i mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że jestem przeszczęśliwa. Mój nosek jest teraz niesamowicie dziewczęcy, delikatny, zgrabniutki. Cała twarz wydaje mi się jakby bardziej subtelna. W końcu nos jest jej centralną częścią!
Nadal nie biorę leków przeciwbólowych, jedynie nawilżam nos kroplami i maścią. Cera jest już całkowicie w porządku, szybko pozbyłam się śladów po opatrunkach, które wyglądały trochę jak odparzenia i spowodowały, że z policzków zeszła mi skóra.
Podobno ostateczny efekt szacuje się na 6 miesięcy po zabiegu - u każdego inaczej zachowuje się opuchlizna, która może nadal utrzymywać się również wewnątrz, co sprawia, że nos może wiąż mieć gdzieniegdzie lekkie zgrubienia. Wystarczy systematycznie masować go z pomocą przepisanej przez Panią Doktor maści.
Nadal zalecane jest spanie na wznak (co bardzo ułatwia poduszka w kształcie rogala), nie wolno się przemęczać, wystawiać na słońce, schylać, dźwigać. A wszystko to mniej-więcej do 6 tygodniu po zabiegu. Zakazane jest także noszenie okularów, picia alkoholu i palenie oraz używanie kropli do nosa, które obkurczają naczynia krwionośne. 
Kolejna wizyta czeka mnie za pół roku.

Co dała mi ta operacja?

          Głównym pozytywem tego, że zdecydowałam się na operację plastyczną nosa jest to jak się teraz czuję. Mam wrażenie, że nareszcie mogę eksperymentować bardziej z makijażem i fryzurami, ponieważ nie będzie to powodowało, że ludzie będą zwracać uwagę na mój nieładny nos. Nareszcie czuję się wolna od myślenia, że czegoś mi brakuje, że mimo najlepszych kosmetyków moja twarz jest niedoskonała. Czuję się lepiej ze sobą. Pewniej.
Nie boję się zdjęć, bo wiem, że z każdej perspektywy wyglądam o niebo lepiej niż przed zabiegiem.
Najważniejsze jest to, że nareszcie podobam się sobie. Nie Michałowi, nie mamie, nie znajomym z pracy, czy uczelni, ale właśnie sobie. Bo operację również wykonałam tylko i wyłącznie dla samej siebie. Jestem w stu procentach przekonana, że znajdą się osoby, które powiedzą, że ten nos jest brzydki albo totalnie nie pasuje do reszty twarzy. Będą też tacy, którym mój "stary" nos podobał się o wiele bardziej i gdyby mogli zoperować swój, to pewnie wybrali by dokładnie taki, a nie inny kształt. A już na pewno najwięcej będzie takich, którzy nawet nie zwrócą uwagi, ponieważ nie ma dla nich znaczenia jak wyglądam i gdzieś mają czy zrobiłam sobie nos za prawie 10 000zł, czy nie.
Ale nie ma to żadnego znaczenia - bo ja widzę różnicę. I bardzo mi się ona podoba.

          Dzięki całkowitej korekcie nosa uzyskałam coś, czego zawsze mi brakowało. Nareszcie mogę zdecydowanym głosem powiedzieć, że lubię całą swoją twarz. Że podoba mi się taka, jaką jest i nic bym w niej już nie zmieniła. Spełniłam jedno ze swoich życiowych marzeń, a wszystko dzięki dwóm godzinom pracy Pani Doktor, która sprawiła, że patrzę w lustro z uśmiechem na myśl, że od teraz to jak będę wyglądać zależy już w całości tylko ode mnie.

2 komentarze :

  1. Bardzo mało jest taki wpisów jak Twój, gdzie jest dokładny opis przygotowania do operacji. Super!

    OdpowiedzUsuń
  2. hej ! a gdzie robiłaś nosek? Będę mega wdzięczna za odpowiedź! altewegier.dorota@gmail.com

    OdpowiedzUsuń

Mam nadzieję, że post Ci się spodobał! Zostaw po sobie komentarz i daj znać ;)