Wieczór panieński - noc, gdy można pójść na całość?

          Mój wieczór panieński - coś niezapomnianego! Każda panna młoda pragnie tego dnia wyglądać i czuć się perfekcyjnie. Z jednej strony to swego rodzaju żegnanie "wolności", z drugiej nadzieja, że nowy rozdział życia w towarzystwie ukochanej osoby będzie jeszcze lepszy od dotychczasowego. Tak było również ze mną.
Początkowo nie planowaliśmy żadnej szczególnej celebracji. Pomysł ślubu pojawił się w naszych głowach całkiem niespodziewanie i dla wszystkich był ogromnym zaskoczeniem. Chcieliśmy zrobić to "po cichu", bez fajerwerków. Tylko my, rodzice i świadkowie.
Jak widać - nie wyszło.



Świadkowie idealni!

         Na świadków wybraliśmy najwspanialsze istoty pod słońcem. Arek i Marta, to ludzie, na których zawsze można liczyć - wyjątkowo dobrzy, bezinteresowni i szczerzy ludzie. Co do tej decyzji nie było żadnych wątpliwości, ponieważ oboje wiedzieliśmy, że lepiej nie moglibyśmy trafić.
Z racji szybkiego terminu ślubu, który odbył się zaledwie dwa miesiące po zaręczynach, nie śmieliśmy wymagać od nich niczego więcej poza obecnością na ceremonii i spędzeniem z nami czasu po. Nie czuliśmy potrzeby podążania za schematem - tacy już jesteśmy. Dwa mentalne odludki, które długo szukały do siebie drogi. A gdy w końcu ją odnalazły, stwierdziły, że nie ma na co czekać. Że "życie" jest tu i teraz, a żadnej z płynących chwil nie będzie można zatrzymać, czy powtórzyć.

Do załatwienia mieliśmy tak dużo spraw związanych z organizacją ślubu, że nawet nie myśleliśmy zbytnio o organizowaniu wieczoru panieńskiego / kawalerskiego. Okazało się jednak, że Marta i Arek zdecydowali podjąć się wyzwania i w ciągu miesiąca przygotować dla nas coś specjalnego. Szczerze mówiąc bardzo się ucieszyłam. Jak dla mnie każda okazja do świętowania jest dobra. A że uwielbiam "babskie wieczory" nie mogłam sobie odmówić tej przyjemności.

Niespodzianka.

          Tego wyjątkowego dnia dziewczyny zaproponowały mi, żebym zamiast siedzieć całe popołudnie w domu i rozmyślać nad tym, co właściwie dla mnie przygotowały, pojechała do Oli, gdzie razem z nią przygotuję się na wieczór. Z początku pomysł średnio przypadł mi do gustu, bo wiedziałam, że u siebie będę się czuła swobodniej. Ale czemu by nie spróbować czegoś nowego i po prostu nie powiedzieć "tak"? A więc ostatecznie wszystko dopięłam na ostatni guzik w domu Oli, skąd miała mnie zawieźć w tajemnicze miejsce, którego lokalizacji nie znałam. Oczywiście nie zabrakło zakazu otwierania oczu do samej mety, przez co o mało nie połamałam sobie nóg idąc z parkingu do mieszkania z zamkniętymi oczami.
I wiecie co się okazało? Że Marta zna mnie lepiej niż sądziłam i w zmowie z Michałem zdecydowali, że przedstart poprzedzający dalsze atrakcje przygotują w naszym właśnie mieszkaniu! To było niesamowite. Otworzyłam oczy, a przede mną stała dziesiątka najpiękniejszych istotek ubranych na czarno z własnoręcznie upieczonym tortem - oczywiście we wiadomym kształcie. 




          Cały dom był przystrojony w tematyczne ozdoby, stół pełen był pysznego jedzonka, a w lodówce chłodziła się (jak się okazało zbyt ambitna ilość) alkoholu. Byłam przeszczęśliwa już wtedy, a nie wiedziałam nawet, że czekają na mnie dalsze atrakcje.
Poza babskimi rozmowami i plotkami były także gry i zabawy, żarty na temat małżeństwa i zdjęcia, zdjęcia oraz w wolnych chwilach jeszcze trochę zdjęć. 


















Ekskluzywna przejażdżka.

          Wieczorem, w okolicach godziny 8-9, dziewczyny zaczęły nerwowo zbierać rzeczy ze stołu i przygotowywać się do wyjścia. Tego się nie spodziewałam - byłam pewna, że skoro tak się natrudziły dekorując mieszkanie, to własnie tam zostaniemy przez całą noc. Tak więc po skończeniu pobieżnych porządków zeszłyśmy na dół, gdzie czekała na nas podwózka. I to nie byle jaka! Na ulicy zaparkowała najbardziej odjechana biała limuzyna jaka tylko mogłam sobie wyobrazić!
Przejażdżka trwała kilkadziesiąt minut i myślę, że nasze zachowanie w środku już nie było tak ekskluzywne jak by to mogło wyglądać z zewnątrz. Poniósł nas amerykański duch wieczorów panieńskich. Znalazł się alkohol, znalazły kieliszki, a nasze krzyki z okien limuzyny słyszało prawdopodobnie całe miasto.
Następnym punktem wieczoru była impreza w klubie. Czekała tam już na nas loża oraz zakupiony alkohol. Bawiłyśmy się świetnie! Parkiet ciągle był nasz. Okazało się również, że do wypełnienia pozostało jeszcze parę zadań, a więc szaleństwo trwało dalej.



Ucieczka.

          Oczywiście nie mogło zabraknąć jakiegoś wybryku z mojej strony. Bo co robi panna młoda na swoim wieczorze panieńskim? Raczej z niego nie ucieka. Ale co poradzić? Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie zobaczyć pana młodego i go chociaż nie ucałować w tak wspaniałą noc!
Na szczęście znalazłam sobie partnerkę zbrodni, Roksanę, która chętnie wskoczyła ze mną po kryjomu w taksówkę i kilka chwil później byłam już w innym klubie tuląc przyszłego męża w takt muzyki.
Darek i Kuba (moi najlepsi przyjaciele) nie wyglądali na zaskoczonych. Dziwne, prawda? Przetańczyłyśmy kilka piosenek, pożegnałyśmy się pospiesznie i wróciłyśmy do klubu, gdzie okazało się, że wszystkie dziewczyny szybko zorientowały się dokąd uciekłam i poszły mnie szukać. Tyle, że ja już zdążyłam się z nimi minąć!

I tak oto wracałam do domu w błyszczącej sukni i koronie z welonem na głowie, podczas gdy na zegarku wybiła już chyba trzecia, przeszczęśliwa, że dane mi było świętować w tak pokręcony i zabawny sposób z tak fantastycznymi dziewczynami. Byłam im bardzo wdzięczna, że sprawiły, iż ten dzień był tak wyjątkowy i warty zapamiętania (a bynajmniej tych fragmentów, które wspólnymi siłami w ciągu kilku następnych dni złożyłyśmy w całość).

Jakie są moje porady?

- nie pozwólcie, by ktokolwiek przynosił bimber "na spróbowanie"
- nie dajcie się zwieźć jadąc limuzyną, że to USA i możecie krzyczeć przez okno, co wam się żywnie podoba
- róbcie dużo zdjęć, a najlepiej również nagrywajcie!
- kartki z zadaniami chowajcie do torebki, żeby następnego dnia wiedzieć, co nabroiłyście
- nie przyklejajcie sobie na twarz żadnych elementów, które nie powinny się tam znaleźć
- może lepiej nie uciekajcie (chociaż nie powiem - było warto!)
- pamiętajcie, że w klubach mają monitoring
- zapraszając dziewczyny bądźcie bardzo uważne - zwłaszcza co do tych, które zawsze, ale to zawsze, prowokują was do szalonych poczynań
- nie dajcie się namówić na pisanie szminką po lustrach - rano nie jest tak "superaśnie"


          A tak całkiem poważnie - bawcie się najlepiej jak potraficie, ale z głową. Nie chciałybyście przecież narobić głupot w noc, której nie będzie już można powtórzyć. Najważniejszy jest umiar. Przecież wieczór panieński nie jest po to, by wyszaleć się za wszystkie czasy, a potem wstydzić, że zachowywałyście się jak zwierzęta w miejscach publicznych.
Słyszałam wiele historii z życia wziętych, w których panny młode tak świetnie bawiły się na swoich wieczorach panieńskich, że potem nie dochodziło do ślubu. I nie chodzi tu już tylko o stronę damską. Panowie również potrafili przegiąć. Czy to naprawdę tego chcecie świętując to, że już niedługo połączycie się "na wieczność" z ukochaną osobą? Nie sądzę. Cały szkopuł w tym, żeby czuć, że celebruje się coś ważnego, a nie żegna się utraconą na zawsze wolność. 

Małżeństwo to nie więzienie - nie ma tu wielkich wyrzeczeń, nie musimy z nikim się żegnać, niczego "zostawiać w tyle". To najpiękniejszy prezent - znalezienie osoby, z którą będziemy dzielić wszystkie swoje smutki i radości, każdego dnia, już do końca życia.
I takie właśnie motto powinno brzmieć nam w głowach przez calutką noc.


0 zostaw komentarz :

Prześlij komentarz

Mam nadzieję, że post Ci się spodobał! Zostaw po sobie komentarz i daj znać ;)